Wróć na poprzednią stronę

Roman Chorzępa – wieloletni organista leżajskich kościołów.

Roman Chorzępa – wieloletni organista
leżajskich kościołów.
zasłużony dla miasta Leżajska

 

Rozmawia: Iwona Tofilska

Almanach Leżajski, zeszyt nr 7
TMZL, Leżajsk 2011
s. 107–113

– Jest Pan niewątpliwie jednym z najbardziej znanych i rozpoznawalnych mieszkańców Leżajska. Pana gra towarzyszyła ludziom w czasie mszy św. oraz na różnych rodzinnych uroczystościach. nie jest pan jednak rodowitym leżajszczaninem.

Zgadza się, urodziłem się 9 sierpnia 1914 roku w Sokołowie Małopolskim jako syn Józefa i Marii z domu Rakuś. Niemal całe moje życie rodzinne jest jednak związane z Leżajskiem. Po ukończeniu siedmiu klas Szkoły Powszechnej w Sokołowie Małopolskim, w roku 1928 podjąłem naukę na poziomie gimnazjalnym w Kolegium Serafickim oo. Kapucynów w Rozwadowie. Jednocześnie, wobec mojego ogromnego zamiłowania do muzyki, rozpocząłem naukę gry na skrzypcach i organach pod kierunkiem prof. Józefa Brzucha. W roku 1932 ukończyłem gimnazjum i podjąłem dalszą naukę na poziomie licealnym w Krakowskim Kolegium Serafickim oo. Kapucynów. W roku 1935 ukończyłem Kolegium egzaminem dojrzałości. W dalszym ciągu kontynuując naukę muzyki pod kierownictwem znakomitego kompozytora i dyrygenta prof. Bolesława Wallek-Walewskiego, oraz podjąłem dodatkowo naukę gry na skrzypcach i dyrygentury, pod kierownictwem prof. Franciszka Koniora. W okresie mojego kształcenia muzycznego w Krakowie należałem do krakowskiego chóru „Echo”.

– Wiem, że w 1937 roku, po ukończeniu nauki w Krakowie, powrócił Pan w rodzinne strony. Może nam Pan opowiedzieć o okolicznościach powrotu i rozpoczęcia swojej pracy zawodowej?

Tak, zgadza się. Po ukończeniu edukacji muzycznej wróciłem i tu zostałem zaangażowany przez dziekana leżajskiego ks. Czesława Brodę do pracy w kościele farnym pod wezwaniem Trójcy Świętej jako organista. Niedługo cieszyłem się tym zajęciem, ponieważ zaraz w kwietniu 1938 roku zostałem powołany do odbycia obowiązkowej służby wojskowej w 49. Pułku Strzelców Kresowych Kołomyi. W okresie służby wojskowej brałem udział w wojnie obronnej, później znalazłem się w obozie jenieckim w krakowskim Dąbiu, z którego szczęśliwie udało mi się wymknąć w grudnia 1939 roku. Wróciłem do domu rodzinnego do Sokołowa Małopolskiego. Krótko po moim powrocie w styczniu 1940 roku umarła Mama. Po śmierci Mamy mój wujek Marcin Rakuś zaproponował mi przyjazd do Leżajska i pracę organisty w kościele farnym. Do pracy przyjmował mnie ks. Czesław Broda. Zastąpiłem wcześniejszego organistę Karola Gdulę. W kościele farnym grałem na małych organach, które przez długie lata były miechowane ręcznie przez mojego pomocnika Kajetana Głuszczaka. Mężczyzna, który poruszał miechy nogami nazywał się kalikantem. Tak było do lat 60., kiedy organy zostały przebudowane i wprowadzono napęd elektryczny. Na stanowisku organisty w kościele farnym grałem aż do 1967 roku. Do moich obowiązków należało granie na wszystkich mszach świętych oraz prowadzenie chóru.

Od 10 stycznia 1968 roku objąłem zaszczytną pracę organisty w Sanktuarium Maryjnym   oo. Bernardynów, gdzie grałem na organach rozsławionych w całej Polsce, a nawet Europie. Organy mają 74 rejestry (głosy), około 6 tys. piszczałek. W Polsce tylko w Oliwie są od nich większe, ale znawcy tematu wolą leżajskie – są starsze o całe stulecie i mają brzmienie bliższe oryginalnemu. Zbudowane w XVII wieku z fundacji hr. Andrzeja Potockiego z  łańcuta przez Jana Głowińskiego, znanego krakowskiego organomistrza, zdobią na szerokość 28 metrów trzy nawy bazyliki.

– Grał Pan na tych organach kilkadziesiąt lat. To niewiarygodne, że można tak długo pracować w jednym miejscu na tym samym stanowisku.

Tak, grałem codziennie, cztery msze w dniach powszednich i siedem w niedziele i święta. Grałem także na ślubach, pogrzebach i dla turystów.

– Czy miał Pan tremę, kiedy zasiadał Pan do tak znamienitego instrumentu?

Kiedy po moim poprzedniku Franciszku Larendowiczu zostałem tutaj organistą, podczas pierwszej oficjalnej uroczystości miałem podwójną tremę. Mójdebiut przypadł na mszę imieninową mojego wuja, Franciszka Kurowskiego, przy całej rodzinie. Drugą wielką tremę miałem w sierpniu 2006 r. kiedy obchodziłem 70-lecie pracy artystycznej. Nie czuję się bowiem wirtuozem, tylko zwykłym kościelnym organistą.

– W ciągu 100 lat było tylko dwóch organistów w leżajskiej bazylice. ojcowie Bernardyni zatrudnili osoby długowieczne i niezwykle wytrwałe…. w czym tkwi sekret długowieczności?

Niektórzy mówią, że schody, które prowadzą na chór muzyczny wzmocniły nasze serca. Są kręte, strome i niezwykle wysokie. Miałem kiedyś trochę czasu i policzyłem, że w ciągu tych lat pokonałem siedemnaście milionów schodów. Myślę, że to jednak opieka Matki Boskiej Leżajskiej.

– Kilka lat temu, kiedy leżajskie organy były remontowane, pojawiła się plotka w mieście, że instrument wskutek niefachowości francuskich konserwatorów stracił swoje oryginalne brzmienie. Czy takie było również Pańskie zdanie na ten temat?

Tak, słyszałem o tym, ale uważam, że Francuzi nie popsuli organów. Prawdą jest, że władze klasztoru wybrały potem inną firmę konserwatorską, ale szczegółów sprawy nie znam. Wiadomo mi jednak, że Francuzi miechy obili skórą bardzo solidnie. A organy jak grały tak grają.

– Czy zainteresowania muzyczne miały wpływ na Pana dodatkową pracę?

W okresie mojej służby w kościele farnym założyłem i prowadziłem mieszany chór parafialny liczący około 48 osób. W roku 1955 chór dołączył do Zespołu Pieśni i Tańca, założonego przez Jerzego Górskiego i Natalię Białkowską, i już w maju tegoż roku wzięliśmy razem udział w centralnych eliminacjach w Olsztynie. Najczęściej gościliśmy na scenach w Rzeszowie, Łańcucie, Jaśle, Rymanowie, Przemyślu, Krakowie, a nawet w Warszawie. Jesienią 1955 r. zdobyliśmy II miejsce na Festiwalu Chórów w Poznaniu.
Uczyłem również śpiewu w miejscowym Gimnazjum i Liceum im. Bolesława Chrobrego, gdzie prowadziłem chór szkolny. Podczas pracy w sanktuarium, oprócz czynności organistowskich i kościelnych, prowadziłem w dalszym ciągu chór kościelny, uczyłem śpiewu liturgicznego w nowicjacie klasztornym oraz organizowałem koncerty z okazji przybywających do sanktuarium pielgrzymek i wycieczek.

– Grał Pan dla młodzieży i dorosłych. Czy dobierał Pan repertuar do wieku słuchaczy?

Dla młodzieży starałem się grać utwory lekkie, łagodne, dorosłym, chcąc ujawnić maksymalną moc organów, utwory z mocnym brzmieniem, które miało pozostawać w uszach słuchaczy również po koncercie.

– Wiem, że został Pan uhonorowany za swą wzorową pracę wieloma wyróżnieniami. Czy może nam Pan o nich opowiedzieć?

Wśród wielu dowodów uznania najbardziej cenię sobie kilka. W kwietniu 1984 roku dostałem Błogosławieństwo Ordynariusza Diecezji Przemyskiej ks. bpa Ignacego Tokarczuka oraz Błogosławieństwo Apostolskie od Ojca Świętego Jana
Pawła II. Poza tym Rada Miasta w 1997r. uhoronowała mnie Odznaką Honorową „Zasłużony dla Miasta Leżajska” za krzewienie kultury muzycznej. W 2003 roku otrzymałem Honorowe Obywatelstwo Sokołowa Małopolskiego.

– Proszę nam jeszcze opowiedzieć o swoim życiu prywatnym.

W 1942 roku ożeniłem się z rodowitą leżajszczanką Józefą Lichtenberg, mamy razem pięcioro dzieci: Juliusza, Zygmunta, Ewę, Ludmiłę i Dorotę, dwanaścioro wnucząt i ośmioro prawnucząt.

– Czy Pana dzieci podzielają zainteresowania muzyczne?

Wszystkie dzieci są rozmiłowane w muzyce i śpiewie. Juliusz gra na gitarze, Zygmunt również kocha gitarę, zawsze uświetnia nasze rodzinne spotkania. Ewa gra na pianinie, lubi bardzo śpiewać i tańczyć. Długie lata tańczyła w zespole u pani Dańczkowej. Ludmiła pięknie śpiewa, obecnie w zespole „Ale babki”. Szczególnie chciałbym się pochwalić moimi wnukami. Kilkoro skończyło Szkołę Muzyczną, największe zdolności odziedziczył wnuk Grzegorz Bartkowicz, który obecnie studiuje w Szkole Jazzu w Krakowie. Sam komponuje, gra na gitarze, pianinie, trąbce, perkusji. Jestem dumny z mojej rodziny i cieszę się, że kontynuuje rodzinne tradycje.

– Proszę nam jeszcze opowiedzieć o swoim życiu prywatnym.

W 1942 roku ożeniłem się z rodowitą leżajszczanką Józefą Lichtenberg, mamy razem pięcioro dzieci: Juliusza, Zygmunta, Ewę, Ludmiłę i Dorotę, dwanaścioro wnucząt i ośmioro prawnucząt.

– Czy Pana dzieci podzielają zainteresowania muzyczne?
Wszystkie dzieci są rozmiłowane w muzyce i śpiewie. Juliusz gra na gitarze, Zygmunt również kocha gitarę, zawsze uświetnia nasze rodzinne spotkania. Ewa gra na pianinie, lubi bardzo śpiewać i tańczyć. Długie lata tańczyła w zespole u pani Dańczkowej. Ludmiła pięknie śpiewa, obecnie w zespole „Ale babki”. Szczególnie chciałbym się pochwalić moimi wnukami. Kilkoro skończyło Szkołę Muzyczną, największe zdolności odziedziczył wnuk Grzegorz Bartkowicz, który obecnie studiuje w Szkole Jazzu w Krakowie. Sam komponuje, gra na gitarze, pianinie, trąbce, perkusji. Jestem dumny z mojej rodziny i cieszę się, że kontynuuje rodzinne tradycje.

– Bardzo dziękuję za rozmowę.